//
wdrożenie celu

Masz przed sobą cel i nadal nic z nim nie robisz? Oto 6 powodów, dlaczego tak jest!

Czasem wydaje się nam, że postawiony cel to właściwie wykonana już praca. Teraz trzeba już tylko wdrożyć zalecenia i sukces gotowy! Chcesz wiedzieć, dlaczego realizacja Twojego celu nie postępuje i co musisz zrobić, by przezwyciężyć ten stan?

Jak to jest, że mamy do czynienia z kapitalnymi szkoleniami, świetnymi źródłami wiedzy, które wystarczy „wziąć i wdrożyć” a z jakiegoś powodu tego nie robimy? Jak to jest, że książek na temat wyznaczania celów istnieje, jak to mawiała moja mama, „tysiąc pięćset, sto dziewięćset” a często kończyny na tym, że SMARTny cel pięknie wygląda na papierze, nas zaś coś blokuje przed zrobieniem pierwszego, drugiego, dziesiątego kroku?

A do tego wydaje się, że wdrożenie celu to tylko nasz problem. Nikt inny go nie ma i większość ludzi ciśnie jak turboodrzutowiec? Myślisz, że każdy inny człowiek zaraz po kursie implementuje zasady, po czym widzi efekty i natychmiastowe pieniądze na koncie?

Jeśli ktoś z Was zderzał się kiedyś z taką wewnętrzną, bezsensowną z punktu widzenia skuteczności i efektywności biznesowej oraz osobistej blokadą, to niech wie, że… Nie jest jedyny 🙂

Z mojej praktyki coachingowej i z rozmów z koleżankami oraz kolegami po fachu wynika, że paradoksalnie osób doświadczających takich wyzwań jest sporo. Tak że po pierwsze: spokojnie, ktoś już to miał. I pokonał. To dobra wiadomość NUMER JEDEN.

Dobra wiadomość NUMER DWA jest taka, że możecie zweryfikować u siebie czy któryś z podanych przeze mnie 6 powodów nie jest właśnie tym, co Wam ciąży jak kula u nogi.

Wdrożenie celu – dlaczego jeszcze tego nie robisz?

Czy ta lista wyczerpuje temat? Z pewnością nie. Ale w życiu, jak w medycynie, w pierwszej kolejności należy weryfikować najbardziej prawdopodobne hipotezy. Potem ewentualnie będziemy się bawić w doktora House’a i szukać przyczyn w mikroskopijnym owadzie z dżungli amazońskiej, który przeniesiony w skórce od bananów dostał się do Polski i ugryzł nas w siedzenie podczas korzystania z publicznej toalety w Pcimiu Dolnym. 😉 Myślę, że wiecie, o co chodzi.

No dobra, to jakie są te potencjalne przyczyny blokady przed działaniem?

1. Doświadczenie/obawa przed jednym z 3 bóli zmiany

Czy masz na myśli wdrożenie celu lub zamierzeń, czy też wiedzy ze szkoleń – w obu przypadkach obligatoryjnym elementem, bez którego się nie da, jest zmiana. Bo coś trzeba albo zacząć robić, albo przestać robić, albo robić INACZEJ.

Być może wiecie o tym, że ludzki mózg zasadniczo nie reaguje najlepiej na zmiany, ale to nie jest jedyne wyzwanie. Zwykle kiedy stajemy w obliczu zmiany wiąże się to z:

A. Bólem utraty: bo trzeba będzie zrezygnować z czegoś, co daje nam jakieś profity/przyjemność (np. fastfoody, kiedy chcemy zadbać o zdrowie, spotkania z przyjaciółmi, kiedy projekt wymaga poświęcenia części czasu wolnego itd.).

B. Bólem procesu: bo wdrożenie zmiany wymaga robienia czegoś, co nie przychodzi nam naturalnie – naciągania woli, zaangażowania samodyscypliny, robienia rzeczy, w których nie czujemy się pewni czy mocni.

C. Bólem wyniku: boimy się, że kiedy osiągniemy już w końcu swój cel albo wdrożymy do końca całą wiedzę z tego szkolenia, to okaże się, że efekt wcale nie zachwyca i że poniesione przez nasz koszty były większe, niż to, co zyskaliśmy, a trawa u sąsiada wciąż jest bardziej zielona.

2. Czekasz, aż poczujesz stuprocentową pewność co do swojej decyzji o działaniu, a brak pewności uważasz za „podszepty intuicji”

W toku pochłaniania treści o rozwoju osobistym można nabawić się przekonania, że kiedy nasza decyzja i obrany kierunek jest słuszny, to cały wszechświat zaczyna dawać nam znaki, że to jest właśnie to. Wiesz, “koniunkcja sfer”, na każdym kroku dostajemy sygnały, że to jest właśnie to, co powinniśmy robić. Ba, czujemy tę pewność każdą komórką ciała i jesteśmy wręcz naelektryzowani pragnieniem działania.

A jeśli tego brakuje i oprócz przekonania, że tak, to dobra decyzja, jednocześnie odczuwamy lęk i niepewność? Łatwo zinterpretować je jako sygnały ostrzegawcze.

Tymczasem cały ten wątek z odpowiedzią od Wszechświata można łatwo wytłumaczyć działaniem układu siatkowego – struktury mózgu funkcjonującej jak działający w tle program, który rejestruje to, co wcześniej uznasz za istotne, a pomija informacje niemające znaczenia.

Właśnie dlatego zarówno szukając potwierdzenia swoich decyzji, jak i znaków ostrzegawczych… znajdziesz je. Wystarczy tylko złożyć zamówienie do swojego układu siatkowego.

3. A co, jeśli się nie uda?

Ból wyniku, o którym pisałam wyżej, bardzo mocno wiąże się z lękiem przed porażką. Wprawiając w działanie maszynę zmiany, wystawiasz się na niebezpieczeństwo porażki, wdrożenia celu tylko w 10% a nie w 100%.

Robisz kurs o pozyskiwaniu klientów, cel (i obietnica) kursu to piętnastu nowych klientów w miesiącu. Zrobiłeś, a tu nie ma nawet jednego nowego klienta. Dodatkowo twój portfel jest lżejszy o te kilka złotych, które wydałeś na kurs.

Szczególnie mocno lęk przed porażką pracuje w nas, jeśli dookoła nie mamy ludzi o dojrzałym podejściu do popełniania błędów. Chodzi mi o osoby, które cechują się nastawieniem na rozwój i pomogą Ci podnieść się z kolan, wygenerować nowe rozwiązania, zobaczyć pozytywy wynikające z sytuacji, czy chociaż skierują twoją uwagę na to, czego się przy okazji nauczyłeś.

Niestety, mnóstwo ludzi ma wokół siebie, czy w pracy, czy w rodzinie malkontentów, którzy chętnie wytłumaczą, dlaczego to NIE MOGŁO się udać. Przypomną ci, że te wszystkie szkolenia to tylko wyciąganie pieniędzy. Że do tego trzeba się urodzić, że przecież ty nigdy nie kończysz swoich projektów. Oni od początku wiedzieli i tylko czekali, kiedy ci się słomiany zapał załączy, że po co Ci to było. Szczególnie, jeśli takie cierpkie słowa płyną od najbliższych ludzi trudno jest się przed nimi obronić. W końcu kto nas zna tak dobrze, jak oni?

4. A co, jeśli wdrożenie celu się… uda?

Paradoks, bo nie tylko strach przed porażką potrafi skutecznie hamować przed działaniem. Także strach przed sukcesem. Sukces też niesie ze sobą konsekwencje, które niekoniecznie chcemy ponosić.

Osiągając cele, narażamy się na niechęć ludzi, którzy niekoniecznie dobrze radzą sobie z tym, że ktoś w ich otoczeniu idzie do przodu. To nie tylko komentujący na Facebooku, którzy napiszą, że ci się poszczęściło albo że firma osiąga sukces, bo na pewno jesteś Januszem biznesu i dorabiasz się kosztem pracowników, którym nie chcesz płacić więcej niż sobie.

Nierzadko tarcia w obliczu sukcesu pojawiają się w najbliższych relacjach, choćby w małżeństwie. Kiedy jeden z małżonków pracuje nad sobą, wdraża nowe nawyki, zmienia swój sposób myślenia o sobie, o świecie (czyli pracuje nad przekonaniami), drugi chcąc nie chcąc konfrontuje się z tą zmianą. I niekoniecznie jest z niej zadowolony, bo często odbiera to jako przymus zewnętrzny do równie intensywnej pracy nad sobą. Pracy, której wcale nie musi chcieć.

Sukces niesie więc ze sobą ryzyko utraty/nadszarpnięcia bliskich relacji.

Poza tym, docierając do obranego celu, stajemy na świeczniku. I teraz będą nas obserwować dużo bardziej krytycznie. Będą czekać na potknięcia, wreszcie – osiągając raz sukces nie ma już miejsca na porażki czy testowanie. Pojawia się niepokój – a co, jeśli znowu coś wydarzy (błędna decyzja, okoliczności zewnętrzne, odpuszczenie – jak w przypadku diety/treningów) i trochę spadnę lub w ogóle wrócę do punktu wyjścia?

To, co chcesz zrobić, nie jest zbieżne z Twoimi prawdziwymi wartościami, przekonaniami i tożsamością.

Uwaga, kluczowe słowo: prawdziwymi. Nie tymi, jakie deklarujemy, a tymi, które przejawiają się w zachowaniach – w tym, co robimy, co wybieramy, jak żyjemy.

Weryfikacja tego punktu dla niektórych bywa najbardziej bolesna, bo wymaga konfrontacji z tym, co chcemy o sobie myśleć.

Chcemy myśleć, że ważne jest dla nas zdrowie.
Że ważne są pieniądze i że jesteśmy chętni i gotowi, by je zarabiać.
Że prowadzenie własnej firmy jest nieodzowne, bo odkąd skończyliśmy 10 lat marzyliśmy o byciu „na swoim”.

Tyle tylko, że niekiedy okazuje się, że to, co chcielibyśmy, by było elementem naszej tożsamości, a to, co FAKTYCZNIE nim jest, kompletnie się rozjeżdża.

Że niektóre cele po prostu się zdezaktualizowały/straciły priorytet, a my uparcie przy nich trwamy.

Może zmieniły się potrzeby. Albo my się zmieniliśmy.

Dwa przykłady z brzegu: jeden z moich klientów przyszedł na spotkanie coachingowe z pragnieniem rzucenia pracy w korporacji i otwarcia własnego biznesu. Przedsiębiorczy typ, dziarski, z masą własnych pomysłów. Regularny widz wszystkich topowych kanałów YT o budowaniu biznesu i stawaniu się milionerem. Mnóstwo ludzi w otoczeniu mówiło mu, że on się marnuje, że powinien iść na swoje. On też coraz częściej powtarzał sobie, że kto to widział pracować na etacie, szczególnie będąc mężem i ojcem powinien wyżej mierzyć. Tylko jakoś to zaniesienie wypowiedzenia do HR i siedzenie nad swoim po godzinach niekoniecznie wychodziło…

I co? I okazało się, że cały ten plan z budowaniem własnego biznesu nie był do końca jego celem. Co więcej, cena, którą musiałby zapłacić za dojście do wymarzonego etapu była nie do pogodzenia z tym, co było jego wartościami i co wybierał po skończonej pracy etatowej. A poza tym to naprawdę ją lubił. Odpowiadały mu godziny pracy od 8 do 16, brak dodatkowych zmartwień, swój jasno określony obszar odpowiedzialności.

Czy to oznacza, że ten klient nigdy już nie założy własnego biznesu? Nie! Ale w tym momencie rozeznał, że to, co naprawdę ceni i to, co musiałby zacząć robić, jest ze sobą niekompatybilne. I że cena zapłaty za sukces była dla niego nieakceptowalna.

Drugi przykład: klientka tworząca gotowe materiały do druku i pracy z dziećmi dla rodziców, nauczycieli itp. Regularnie odwlekała odpowiedzi na wszelkie pytania o współpracę, o większą ilość zamówień. Potem w ramach „rekompensaty” oddawała swoje prace za półdarmo albo, jeśli klientem była jakaś fundacja, to całkiem za darmo. Pieniędzy nie ma, ona urobiona po łokcie szarpie się, bo jeszcze dom i dzieci do ogarnięcia.

Gdy w końcu zderzyła się twardo sama ze sobą, przyznała że po prostu nie jest w stanie brać sensownych pieniędzy za swoje prace. Bo wyniosła z domu przekonanie, że lepiej być uboższym, ale jest się wtedy szczęśliwym, bo pieniądze nie przesłaniają serca. Że rodziny, które żyją skromnie, są bardziej z sobą zżyte. A poza tym brać pieniędzy od fundacji/instytucji religijnych nie wypada, lepiej dać za darmo, bo dobro w końcu do niej wróci.

Jest cholernie ciężko robić coś wbrew swojej tożsamości.

Realizacja zamierzeń, wdrożenie celu czy wprowadzanie zmian, które stoją w konflikcie z fundamentami, na których jesteśmy postawieni, to niezwykle wymagająca praca. Szczególnie, jeśli mamy totalnie nierozpoznane to, kim jesteśmy, w co wierzymy, za czym tak naprawdę podążąmy.

„Syndrom błyszczącego obiektu” (SOS) i paradoks wyboru

Na jednej z grup dla przedsiębiorców uczestnik wyznał, że ma trudności z wdrażaniem wiedzy z kursów. Kupuje je, a jakże! Ale gdy przychodzi do działania, coś go blokuje.

Nic dziwnego. W końcu skąd TAK NAPRAWDĘ WIADOMO, że to właśnie kurs X jest warty tego, by zainwestować w niego czas, pieniądze i zaangażowanie?

To nie te czasy, kiedy na rynku były trzy książki na krzyż o budowaniu biznesu. Teraz jest ich zalew, podobnie jak kursów online. Możesz szkolić się u polskich specjalistów, możesz u zagranicznych. Ty wybierasz.

I oczywiście wybór ten może być podyktowany jakością czy zaufaniem, jakie mamy do tego czy drugiego szkoleniowca, jego własnymi wynikami. Ale co w sytuacji, kiedy masz kilka wartościowych kursów i trzeba podjąć decyzję, za który zabierasz się w pierwszej kolejności? Który będzie tą dźwignią, dzięki której otrzymasz najlepsze i najszybsze wyniki?

Mając bardzo dużo opcji do wyboru – co paradoksalnie wcale nie jest pożądanym stanem rzeczy – łatwo o uruchomienie „syndromu błyszczącego obiektu”. To zjawisko psychologiczne, przez które kierujemy swoją uwagę na rzeczy nowe. Przedsiębiorcy ze względu na te same cechy, które są ich siłą (motywacja, poszukiwanie nowych rozwiązań, chęć usprawniania, otwartość na kolejne projekty) są szczególnie podatni na syndrom błyszczącego obiektu. Z tego powodu, kiedy na horyzoncie pojawia się nowy kurs, nowe szkolenie, kolejna książka, propozycja współpracy, mają tendencję do przerzucania swojej uwagi na to, co nowe i rezygnacji z dotychczasowych działań.

A połączenie SOS ze świadomością, że opcji i możliwości jest cały ocean może sprawiać, że nawet nie zaczniemy działać, bo trwamy w oczekiwaniu, że za chwilę pojawi się to nowe, lepsze, bardziej godne wyboru.

Kiedy myślę o połączeniu SOS i paradoksu wyboru, przypomina mi się mój przyjaciel, który na studiach związał się z jedną dziewczyną. Gdy zwróciłam mu uwagę, że jakoś ona jest bardziej zaangażowana niż on, to wyznał, że w sumie to fajna z niej kobieta i dobry związek. Tylko co jeśli gdzieś czeka fajniejsza, bardziej do niego dopasowana? Taki „nowszy model”?

Syndrom Błyszczącego Obiektu jest też elementem pętli autosabotażu, przez którą przedwcześnie rezygnujemy z działania. Ale pętla to temat na osobny wpis.

Co możemy zrobić, by zrealizować swoje zamierzenia?

Mamy 6 przyczyn, dla których nie realizujemy swoich zamierzeń, nawet jeśli są one ważne, słuszne i dobre dla nas. To co w takim razie można zrobić z tym wyzwaniem, by wdrożenie celu było łatwiejsze? Podsuwam kilka propozycji:

Ustal ze sobą zasadę

Ustal nienegocjowalną zasadę odnośnie wdrożeń, np. Jeśli kupuję kurs, to wdrażam go przez minimum X czasu. Po takim czasie mogę zrezygnować, jeśli chcę.

Umów się sam ze sobą, że to jest nienegocjowalna zasada, która nie podlega odstępstwom. Trochę tak, jak „nie kradnij/nie zabijaj” itp.

Danie sobie konkretnego czasu na testowanie sprawia, że z jednej strony masz szansę na nabranie tempa (więc może okazać się, że po wyznaczonym czasie działanie będzie dla ciebie czymś naturalnym) a z drugiej jest furtka, z której przecież możesz skorzystać. To taki sposób na wyłączenie systemu alarmowego mózgu 😉

Za każdym razem, kiedy pojawi się pokusa odstąpienia od zasady – czy to świadoma, czy z gatunku „autopilot”, zatrzymaj się i zapytaj się samego siebie: o co tak naprawdę mi chodzi? Co jest pod spodem?

Załóż Z GÓRY, że czynniki takie, jak lęk przed porażką, ucieczka od bólu utraty, procesu, efektu będą miały miejsce.

Cechą wysoce skutecznych życiowo ludzi nie jest niedoświadczenie takich blokad. Najwybitniejsi w swoich dziedzinach również znają te wewnętrzne przeszkody.

Jednak ich przewagą jest strategiczne podejście do tematu, czyli założenie, że trudności najprawdopodobniej się pojawią i trzeba zawczasu opracować strategie radzenia sobie z nimi. Dzięki temu wystąpienie wewnętrznych trudności nie powoduje kompletnego wybicia. Po prostu to jest moment na wyjęcie „planu radzenia sobie z…” i wdrożenie go.

Zainwestuj czas w rewizję swojej tożsamości

Przyjrzyj się swoim celom, szczególnie tym przypisywanym z roku na rok. Wykonaj ćwiczenie z wyznaczaniem życiowych wartości. Następnie zerknij w swój kalendarz i przypomnij sobie jak najbardziej szczegółowo swój poprzedni tydzień. Wyobraź sobie, że został on odtworzony jak film jakiejś przypadkowej osobie.

Jak myślisz, co ona powiedziałaby o tym, co dla ciebie naprawdę ważne na podstawie tego filmu?

Zweryfikuj swoje przekonania

Ta praca może być trudna. Wymaga odsłonięcia się, przyznania do myśli na temat świata i siebie, z których niekoniecznie jesteśmy dumni. Ale i tak warto ją zrobić!

Które z przekonań mogą szczególnie mocno blokować Cię przed działaniem? Zaprojektuj nowe na ich miejsce – takie, w które uwierzysz i które będzie cię wspierało i popychało do przodu.

Stwórz wokół siebie otoczenie, które będzie zmuszało cię do działania

Chociaż silna wola jest jak mięsień i staje się mocniejsza za każdym razem, kiedy ją ćwiczymy, to biorąc pod uwagę jej skończony charakter (bak z samodyscypliną w toku dnia się wyczerpuje), poleganie tylko na silnej woli jest wystawianiem się na znaczne ryzyko porażki.

Dlatego warto zaprojektować sobie takie warunki, w których niedziałanie będzie bardzo trudne. To może być np. wyłączenie wszystkich dystraktorów, zaaranżowanie pomieszczeń czy zbudowanie sieci wsparcia społecznego (zatrudnienie coacha, podpisanie z samym sobą umowy na realizację i zawarcie tam kary w postaci wpłaty na znienawidzoną partię polityczną, znalezienie tzw. „Accountability Buddy”).

Im bardziej zdejmiesz z siebie konieczność decydowania o tym, czy działać czy nie działać, tym lepiej.

Mam nadzieję, że tych kilka propozycji – czy to powodów, czy rozwiązań będzie dla Ciebie przydatnych i pomogą Ci we wdrożeniu celu. Oby stały się punktem wyjścia do znalezienia swego podejścia do rozbicia blokad w drobny mak 🙂

Anna Kramarz

Anna Kramarz

Katoliczka, żona, mama, przedsiębiorca z po psychologii i pasjonatka mądrego rozwoju osobistego, opartego o pracę nad sobą i wzrastanie w świętości.